Syd: Zwyczajny, kochany brat

Autor: Tim Willis   |   Przekład: Lasotnik   |   The Sunday Times (16.07.2006)

 

Szalony Diament, który tchnął życie w Pink Floyd, nie był wcale ofiarą LSD ani "odludkiem". Rosemary - jego siostra - wspomina, że uwielbiał malarstwo i majsterkowanie. Gdy śmierć 60-letniego Rogera została ogłoszona, media podniosły zdumiewającą, ostatnią owację dla niegdysiejszego lidera Pink Floyd, który przez ostatnie dekady unikał wzroku społeczeństwa.

Nazywanie go szalonym geniuszem, samotnikiem lub ofiarą kwasu jest dalece chybione. Tak przynajmniej twierdzi Rosemary, która spędziła z nim najwięcej czasu. Gdy cztery lata temu pisałem biografię Barretta (Madcap), mogłem liczyć na jej prywatne doradztwo. Dwa lata młodsza od Syda, była też jego najbliższą przyjaciółką. W zeszłym tygodniu, po jego śmierci, znów z nią rozmawiałem. Tym razem, pierwszy raz od ponad 30 lat zgodziła się na wywiad. Opisała go jako kochającego człowieka, który "po prostu nie mógł zrozumieć" nieprzerwanego zainteresowania rolą, którą odegrał w czasach wczesnego Pink Floyd. Zawsze był zbyt zajęty własnymi myślami, by poświęcać czas fanom.

Z wiadomych względów, bilans Rosemary przepełnia umiłowanie. Powinno się jednak pamiętać o tym, że Rosemary większość swojego życia przepracowała jako pielęgniarka. Nie widzi żadnego piętna choroby w psychice swojego brata. Jako dzieci, rodzeństwo dzieliło ze sobą pokój. Rose wspomina go, podskakującego po pościeli i udającego drygenta wyimaginowanej orkiestry.

R: Od zawsze władał niezwykłą wyobraźnią, wzbudzając nawet podejrzenia autyzmu lub zespołu Aspergera. Posiadał rzadki talent wykorzystywania dwuznaczności słów i doświadczania synestezji, co wywarło ogromny wpływ na jego muzykę w fazie psychodelicznej.

Jako aktywny artysta, którego oznaczono pewną metką, przeżywał bardzo intensywny stres. Nie tylko dostrzegał mroczne strony swojej sławy, ale był też głęboko oporny wobec komercyjnych żądań firmy nagraniowej. Biegał w podartych ciuchach. Między styczniem 1966 - gdy Pink Floyd zaczął być profesjonalnym zespołem - a styczniem 1968, Barrett wziął udział w 220 występach w samej Wielkiej Brytanii, nie wspominając o występach dla radia, telewizji i o koncertach za granicą. Napisał materiał na dwa przebojowe single, które w 1967 roku nagrał z Pink Floyd. Był głównym autorem debiutanckiego albumu grupy i producentem tych nagrań. Brał też udział w sesji nagraniowej, z której wyrosła druga płyta Pink Floyd.

Entuzjazm, z jakim Syd pochłaniał używki powodował pewne niepokojące zachowania, a presja i ciągły stres w końcu spowodowały nerwowe załamanie.

Od 1981 roku, po powrocie z Londynu na przedmieścia rodzinnego Cambridge, znów zaczął używać imienia Roger i zamieszkał w skromnym domku matki. Jego samopoczucie znacznie się poprawiło, choć nadal ulegało zachwianiom.

Rosemary twierdzi, że Syd nie cierpiał z powodu choroby psychicznej, ani tym bardziej nie przechodził żadnej terapii, od kiedy odnowili kontakt i widywali się regularnie.

R: Początkowo, 25 lat temu, spędzał trochę czasu w prywatnym "domu dla zgubionych dusz" w Greenwoods (hrabstwo Essex), lecz nie było tam żadnego programu terapeutycznego. Swój czas spędzał na różnych twórczych zajęciach. Wielką radość sprawiało mu wikliniarstwo. Nieco później zgodził się na kilka sesji u psychiatry w szpitalu Fulbourn (Cambridge), ale również tam nie objęto go żadną terapią. Nie przyjmował też żadnych lekarstw.

Nadal mógł mieć pewne trudności w relacjach z obcymi. W czasach, gdy pisałem książkę na jego temat, pewnego dnia zapukałem do jego drzwi. Powitał mnie w samych slipach i uniknął rozmowy tekstem, że tylko rozgląda się po domu. Jednakże pomysł, jakoby "nie pamiętał w sobie Syda" uważam za bzdurę. Minione lata były dla niego tak bolesne, że strapić potrafiła go choćby myśl o jego poprzednim wcieleniu. Podjął więc świadomy wysiłek, by uniknąć tej pułapki.

R: Był tak pochłonięty swoimi pomysłami, że często zdarzało mu się zapominać o zajęciach prozaicznych, lecz niezbędnych przeciętnemu człowiekowi dla poczucia komfortu.

Żeby mieć na niego oko, Rosemary odwiedzała go lub dzwoniła do niego codziennie, a czasami dotrzymywała mu towarzystwa podczas spacerów do miasta. Podczas jednej z takich wspólnych wypraw w 2006 roku, stary znajomy rozpoznał Rogera w domu towarowym. Podszedł i przywitał się: Cześć, Syd. Pamiętasz mnie? Syd zdążył przytaknąć, ale Rose urwała rozmowę słowami Roger chce tylko kupić trochę cukierków i odprowadziła brata. Po latach przyznała, że bywała trochę nadopiekuńcza.

Po śmierci matki w 1991 roku, Barrett żył w domu samotnie.

R: Większość jego życia była zwyczajna, do znudzenia. Sam zajmował się sobą, doglądał też domu i ogrodu. Jeździł po zakupy na rowerze. Kupował podstawowe produkty, spędzając przy tym całe dnie z okolicznymi sklepikarzami. Bywał również w sklepach z artykułami typu "zrób to sam" - w sieci B&Q kupował drewno, z którego tworzył rzeczy do ogrodu i domu. Prawdę mówiąc, nie był bynajmniej złotą rączką. Zawsze śmiał się z efektów swoich starań, choć majsterkowanie w domu sprawiało mu przyjemność. Inną jego słabością było gotowanie. Jak każdemu człowiekowi mieszkającemu samotnie, zdażało mu się uznać je za stratę czasu, choć z czasem stał się dobry w przygotowywaniu potraw z curry.

R: Pracując, Roger lubił słuchać jazzu. Thelonious Monk, Django Reinhardt, Charlie Parker i Miles Davis - ich nagrania lubił najbardziej. Za każdym razem znajdywał w nich coś nowego. Zainteresowanie rockiem stracił już dawno temu, nie licząc wczesnych Rolling Stonesów. Nie czuł potrzeby posiadania telewizora czy radia, gdyż koncentrowanie się na nich uważał za marnowanie prądu, i nie chodzi o to, że nie ufał własnej pamięci. Zaczytywał się w książkach z dziedziny historii sztuki i nawet napisał na jej temat książkę do szuflady, ale w tej chwili jestem zbyt smutna, by ją przeczytać. 

R: Potrafił zorganizować sobie zajęcia. Czasem pochłaniały go bez reszty i nie chciał, by wówczas mu przeszkadzano. Wolny czas poświęcał wielu zainteresowaniom. Zajmował się między innymi fotografią. Czasami jeździliśmy razem na wybrzeże. Dość często wsiadał do pociągu samotnie i jechał do Londynu, by obejrzeć kolekcję którejś ze specjalistycznych galerii. Kochał też kwiaty. Regularnie wyprawiał się do ogrodów botanicznych i na Anglesey Abbey, by zobaczyć dalie. Jego największą pasją było oczywiście malowanie.

R: Roger pracował nad różnymi stylami, choć nikogo nie podziwiał tak jak impresjonistów. Można powiedzieć, że wypracował swój własny typ sztuki konceptualnej. Zrobiłby zdjęcie dokładnie wybranego kwiata, a potem namalowałby go na wielkim płótnie. Następnie sfotografowałby swoje dzieło, po czym obraz zostałby zniszczony. Tak wyglądało jego podejście do życia. Kiedy coś było skończone, było skończone. Roger nie czuł potrzeby, by do tego wracać. Pewnie dlatego unikał kontaktu z dziennikarzami i fanami. Nie rozumiał ich zaciekawienia czymś, co miało miejsce tak dawno temu i nie był skłonny do przerywania dla nich swojej zadumy. Po jakimś czasie przestaliśmy omawiać czasy, które go przygnębiały. Oboje znaliśmy już swoje myśli na ten temat i zwyczajnie nie mieliśmy niczego więcej do dodania. To ułatwiło udawanie, że te incydenty nie miały miejsca. Pozwoliło wymazać je z pamięci.

R: Roger był troszkę samolubny, czy raczej "pochłonięty sobą". Ludzie okazywali czasem rozczarowanie nazywając go samotnikiem. Dobrze wiedział czego od niego oczekiwali, ale im tego nie dawał. Był niepowtarzalny. Ludzie nie znajdują odpowiedniego słownictwa, by go opisać i snują spekulacje na jego temat. Gdyby widzieli go z dziećmi - z jego siostrzeńcami, z dzieciakami na ulicy - dostawał od nich kolki. Potrafił gawędzić z nimi godzinami, bawiąc się słowami w sposób, który dzieci instynktownie sobie ceniły, nawet jeśli czasami zalatywały dorosłością.

R: Był też bardzo elegancki, choć nie podążał za modą. Kupował sobie to, co mu się podobało, ale lubił wyglądać przyzwoicie. Jego ubrania zawsze były czyste i uprasowane. Jeśli miał jakąkolwiek obsesję, to dotyczyła ona właśnie ubrań.

Barrett przez 30 lat cierpiał z powodu wrzodów żołądka. Nie dawały się wyleczyć, gdyż ciągle pił mleko. Nabawił się również cukrzycy.

R: Nie chciał przyznać, że sam jest temu winien. Unikał nawet tabletek osłonowych, przez co zamartwiałam się jako pielęgniarka. Cóż, to chyba rzeczywiście nie były zbyt poważne dolegliwości. Nigdy nie okazywał żadnych symptomów.

Okazywał za to wiele miłości.

R: Ja dawałam ją jemu, a on dawał ją mi. Niewiarygodnie mnie wspierajał, gdy zmarła mama. W zeszłym tygodniu byłam bardzo zaskoczona, gdy odkryłam jak popularny był wśród lokalnych kupców. Był po prostu kochany...

R: Jego osobowość przejawiała się na wiele sposobów, co nieznajomym mogło wydawać się mylące. W głębi duszy pozostawał jednak jednolity. Baczenie na niego wiązało się z odpowiedzialnością, lecz nigdy nie było obciążeniem.

________________________________

Kierunek zwiedzania: na górę >>