Kulisy koncertu w Pompejach

Autor: Adrian Maben   |   Opracowanie: Lasotnik   |   Live At Pompeii: The Director's Cut (21.10.2003)

Nie znałem nikogo z Pink Floyd. Zadzwoniłem do ich menedżera (Steve O'Rourke) i poprosiłem o spotkanie, a on wyraził zgodę. Rozmawialiśmy o możliwości nakręcenia filmu. Był bardzo uprzejmy i uznał to za dobry pomysł, więc wróciłem do Paryża i przez jakieś 6 miesięcy nie wracaliśmy do tego tematu. Pół roku to kawał czasu, więc postanowiłem zadzwonić ponownie. Umówiliśmy się na kolejne spotkanie, w Londynie. Tym razem zjawił się również David Gilmour, który okazał się równie miły. Opowiedziałem mu o pomyśle, a on zapytał mnie o miejsce, w którym mam zamiar kręcić. Nie byłem pewien. Pomysł, by zrobić film łączący sztukę i muzykę Pink Floyd pojawił się w mojej głowie spontanicznie. Powiedziałem im o obrazach Magritte'a, de Chirico i współczesnych malarzy - Jeana Tinguely'ego i Christo. Zaproponowałem im stworzenie swoistego mariażu ich muzyki z dziełami tych twórców. Patrząc z perspektywy czasu, to nie był dobry pomysł. Myślę, że okazałby się niewypałem. David Gilmour odrzekł uprzejmie: interesujące, przemyślimy to i na tym skończyła się rozmowa. Po tym spotkaniu znów nie dostawałem od nich żadnych wieści.

Wybrałem się z moją dziewczyną do Włoch. Mieliśmy sporo czasu i postanowiliśmy zwiedzić Pompeje. Spacerowaliśmy po mieście w upalny dzień, usiedliśmy w amfiteatrze, by zjeść kanapki i tak dalej, a wieczorem zdałem sobie sprawę, że nie mam paszportu. Musiałem go zgubić w amfiteatrze. Pomyślałem, że leży gdzies tam na ziemi i około godziny 20 znowu tam byłem. Kiedy rozglądałem się za paszportem, nagle pomyślałem, że to jest to. Bo w amfiteatrze panowała cisza, zapadła już noc i było niesamowicie. Pomyślałem, że to idealne miejsce dla muzyki Floydów. Wiele przemawiało za Pompejami. To miejsce ma w sobie śmierć, seks i coś, co ciągle w nim tkwi. Grupa Pink Floyd w amfiteatrze przywróciłaby całość do życia.

W tamtych czasach wszyscy kręcili filmy z koncertów i reakcje publiczności. Kulminacją tego trendu był Woodstock, gdzie mamy miliony ludzi. Z jednej strony jest jest występ, a z drugiej reakcja na niego. Po pewnym czasie staje się to nudne, bo cały czas się powtarzamy. Albo to, albo reportaż w stylu Pennebakera o Bobie Dylanie z 1965 roku, gdzie uzbrojony w wielką kamerę Pennebaker podążał za Dylanem podczas jego trasy koncertowej po Wielkiej Brytanii. Jest tam kilka fantastycznych ujęć, ale to wciąż stylistyka reportażu. Powielanie tej formy z Pink Floyd nie miało najmniejszego sensu. Czułem, że trzeba wymyślić coś oryginalnego. W przeciwnym razie powstałby kolejny film z koncertu, a takich filmów mieliśmy już pod dostatkiem. Uznałem zatem, że mój film będzie przeciwieństwem filmu o Woodstock. Żadnej publiczności, jedynie muzyka i cisza. Pusty amfiteatr miał dać dużo ciekawszy efekt niż milion fanów.

Stanęło przed nami kolejne wyzwanie. Wiedziałem, że Floydzi przenigdy nie zgodzą się na nagrywanie filmu z playbackiem. To była ich dewiza, a ja wiedziałem, że tak do tego podchodzą i byłem na to przygotowany. Zaintrygowało mnie coś jeszcze. Filmy kręci się po to, by się czegoś nauczyć. W naszym przypadku, do nagrania muzyki, która była tak istotna, wykorzystaliśmy zapis 24-ścieżkowy - tak, jak przy nagrywaniu płyty. Pomysł nakręcenia filmu tak, jak nagrywa się album, z wykorzystaniem technik używanych w studiu był interesujący i prawdopodobnie nowatorski. Z pewnością był nowatorski dla mnie, chciałem to zbadać. Organizator tras koncertowych - w tamtym czasie był to Peter Watts - uważał, że jakość zapisu 24-ścieżkowego będzie równie dobra, a może i lepsza od nagrania w studiu, w Londynie czy gdziekolwiek indziej. Dźwięk będzie się bowiem odbijał od kamiennych murów amfiteatru, dając przyjemne echo. Echo dla Echoes nie było złem.

Film Pink Floyd: Live At Pompeii został nakręcony w październiku 1971 roku. W tamtych czasach grupa miała już dużo sprzętu. Załadowaliśmy wszystko na wielkie ciężarówki i ruszyliśmy w drogę z Londynu do Pompejów. Podróż zajęła nam 3 czy 4 dni. Po przyjeździe na miejsce, sprzęt wyładowano. Nagrania miały potrwać 6 dni. Na nieszczęście, gdy zaczęliśmy montować sprzęt i przygotowywać go na przyjazd grupy, okazało się, że nie ma prądu. Jak tylko udało się go włączyć, znowu wysiadł. Nie było odpowiedniej mocy - nikt tego nie przewidział. Był to poważny problem i kosztował nas wiele nerwów. Kiedy Floydzi przylecieli z Londynu, nadal nie było prądu. To już nie był kłopot, tylko zupełna katastrofa. Prace nad naprawą instalacji trwały 2 dni. Włosi mówili, że naprawią to w godzinę. Potem w sześć, następnego dnia i tak dalej. Z planowanych sześciu dni zdjęć, połowa już przepadła i nie mogl;iśmy nic zrobić. W końcu udało się nam zdobyć kabel, który przeciągnęliśmy z amfiteatru do ratusza w Pompejach. Nie był to mały dystans. Jedna osoba musiała pilnować, aby nikt tego kabla nie wyciągnął czy na niego nie wszedł. To była poważna komplikacja. Najgorsze, że rozwiązanie tego problemu zabrało tyle czasu.

Na początek pojechaliśmy do Pozzoli, aby nakręcić kilka ujęć przy wulkanach błotnych i fumarolach, z całą tą parą. To było łatwe do zrobienia i zajęło nam jeden dzień. Nie obyło się jednak bez przeszkód. Kiedy dotarliśmy na miejsce, odbywała się tam akurat procesja do Najświętszej Marii Panny. Utknęliśmy, stojąc za nią przez całe godziny. Ogarniały mnie wątpliwości, to był prawdziwy pech. Zadawałem sobie pytanie "co ja tu robię?", ale po trzech trudnych dniach wszystko zaczęło iść jak z płatka.

Podczas kręcenia filmu, staraliśmy się, by amfiteatr był pusty. Można powiedzieć, że koncert miał być tylko dla nas. Zablokowaliśmy więc wszystkie wejścia. Pomogło również to, że dźwięki muzyki nie wydostawały się poza amfiteatr i nie ściągały tłumów. Mimo to, kilkoro dzieci dostało się jakoś do środka i siadło cicho w kącie. Były w wieku od 7 do 12 lat. Chciały zdobyć autografy, pozwoliliśmy im zostać. Kiedy zawitałem do Pompejów w 2001 roku, aby nakręcić nową wersję reżyserską, najpierw poszedłem do biura turystycznego. Chciałem dostać pozwolenie na wykonanie kilku ujęć z helikoptera. Mężczyzna w biurze spojrzał na mnie i powiedział: znam pana. Zapytałem skąd, bo jego twarz nie wydała mi się znajoma. Odparł, że był jednym z dzieciaków kręcących się po amfiteatrze, gdy 30 lat temu kręciłem tu film. Zabawna sytuacja.

Steven O'Rourke przywiózł z Londynu nagrane demo i powiedział, że Floydzi chcą, żeby tak wyglądał zestaw utworów. Przesłuchiwałem to nagranie w noc przed rozpoczęciem zdjęć na małym gramofonie pożyczonym z hotelu, przygotowując plan działania: co robić w danym momencie, jak ruszać kamerą, pod jakim kątem ją ustawić. Myślę, że cały plan powstał w ciągu tej jednej nocy. W razie czego mogłem zawsze wstawić ujęcie z amfiteatrem, ale nie korzystałem zbyt często z dalekiego planu. Użyłem go tylko dwa razy - na początku i na końcu filmu. Przesunięcie kamery o 50 metrów zajmowało około godziny. Wszystko musiało być rozplanowane z największą dokładnością. Aby być gotowym psychicznie, należy mieć wszystko na papierze. Dzisiaj są komputery, ale wtedy mieliśmy do dyspozycji długopis, papier i zegarek ze stoperem. To Floydzi zdecydowali o wyborze utworów. Film miały rozpoczynać i kończyć kawałki z albumu Meddle, a potem mieszanka różnych utworów. Moją jedyną sugestią było to, aby zagrali ze dwa starsze numery. Zasugerowałem Careful With That Axe, Eugene i A Saucerful Of Secrets. Ten drugi nagraliśmy późnym popołudniem w Pompejach, a Careful With That Axe, Eugene w Paryżu, podczas kręcenia kilku dalszych ujęć.

Wykorzystaliśmy wszystkie nagrane kawałki. Na zdjęcia mieliśmy tylko 3 dni. Bardzo chciałem, aby było ich więcej, ale grupa miała napięty plan zajęć i nie mogła zostać dłużej. Do filmu trafiły wszystkie nakręcone ujęcia. Postanowiliśmy też ściągnąć Pink Floyd do Paryża, nakręcić kilka dodatkowych ujęć i zastosować tak zwany transflix, czyli projekcję przednią. Na planie lub w studiu stoi wielki, podobny do żelaznego słonia rzutnik, do którego wkłada się film lub slajdy 6x6. Ten materiał rzutowany był na ekran, przed którym stał zespół Pink Floyd. Wygląda to tak, jakby byli w Pompejach, bo rzutujemy obrazy z Pompejów - zarówno ujęcia statyczne, jak i dynamiczne. Dziś uważam, że transflix był najsłabszym elementem filmu. To był zły pomysł, którego końcowy efekt nie przemawiał do zespołu. Nie podobało im się to, ale było juz za późno na jakiekolwiek zmiany. Gdybym miał nakręcić ten film od nowa, darowałbym sobie te ujęcia. Zawsze jestem niezadowolony. Zawsze uważam, że mogłem coś zrobić lepiej albo w ogóle się za to nie zabierać. Przejmuję się tym, co nie wyszło... W pewien sposób nadal kręcę ten sam film. Chcę poprawić rzeczy, które moim zdaniem nie są dobre. To, co ja uważam za niedociągnięcia, może być zaletą filmu dla kogoś innego. Ja jednak nigdy nie jestem do końca zadowolony z rezultatu i bardzo mnie to frustruje. Muzyków Pink Floyd zapamiętałem jako istnych perfekcjonistów. Nagrywali dotąd, aż było dokładnie tak, jak chcieli, choć nawet wówczas nie wszyscy byli zadowoleni do końca.

Uważam, że największymi atutami filmu są przede wszystkim same okolice Pompejów i światło. Światło jest tam wspaniałe, zwłaszcza rano i wieczorem - jak w każdym południowym kraju. W październiku miało pewną nieziemską jakość. Wieczorem dominowały kolory miedzi i ochry, a rano delikatny szaro-niebieski. Da się to zauważyć w filmie. Czuje się w nim to światło, co jest moim zdaniem istotne. Sztuczne światło nie było potrzebne. Słońce i jego promienie odbijały się od kamiennych murów.

Kolejną rzeczą, która podoba mi się w filmie jest cisza Pompejów. Po zakończeniu każdego ujęcia, które trwało od 3 do 5 minut, zespół chciał posłuchać jak dany kawałek wypadł. Zbierali się więc wokół 24-ścieżkowego magnetofonu i słuchali na słuchawkach tego, co przed chwilą zagrali. Podczas tego przesłuchiwania, wokół panowała kompletna cisza. Oprócz muzyków, w amfiteatrze byli tragarze, obsługa, technicy dźwiękowi i 20 ton sprzętu, a można było usłyszeć spadającą szpilkę. Niesamowita atmosfera. Miało się wtedy wrażenie, że coś się działo. Nie wiedzieliśmy co takiego, ale czuliśmy, że jesteśmy w odpowiednim miejscu i czasie. Jeśli czujesz coś takiego, to wiesz, że masz film.

W 1973 wybrałem się z Rogerem Watersem na ryby. Podczas wędkowania zapytałem go, co sądzi o nakręceniu w studiu dodatkowego materiału do następnej wersji koncertu Pink Floyd w Pompejach. Sam fakt, że zespół gra w Pompejach nie znaczy wiele, jeśli nie widzimy w jaki sposób tworzy dźwięki swojej muzyki, jakich używają technik - byłem tego ciekawy, to interesująca rzecz. Pozwolili, abym wraz z małą ekipą i jedną kamerą 35mm filmował ich w studiu EMI na Abbey Road. Rozpoczęli właśnie nagrania do The Dark Side Of The Moon. Tak się złożyło, że tego roku nagrywali ten album i myślę, że mięliśmy ogromne szczęście. Częścią sukcesu jest być we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Zawsze istnieje ryzyko. Trzeba po prostu mieć farta. To mogło być przecież coś mniej interesującego, ale na szczęście nie było i rezultat widać na dłuższym filmie.

Gdy w 1972 roku kręciliśmy w Paryżu czarno-biały materiał podczas pracy nad montażem filmu w paryskim studiu nagraniowym, zorganizowaliśmy serię pytań i odpowiedzi. Żartowali ze mnie niemiłosiernie, a ja próbowałem zachować powagę...

  Maben: Czy jesteś zadowolony z filmu?

  Waters: Zadowolony? Co przez to rozumiesz?

  Maben: Czy sądzisz, że zmierza w interesującym kierunku?

  Waters: Interesującym... Co masz na myśli?

Jedno z pytań dotyczyło tego, jak robią to, że ich współpraca - a pracowali razem od dłuższego czasu - tak dobrze się układa, czemu się nie kłócą. Przyznali, że opracowali sposoby na udaną współpracę. Starali się nie poruszać tematów, które mogłyby w jakiś sposób dotknąć któregoś z nich i - ogólnie rzecz ujmując - trzymali rękę na pulsie. Nic nie wskazywało wtedy na to, że któryś z nich opuści zespół. Byli wówczas u szczytu formy, u szczytu mocy twórczych. Kreatywność jednych udzielała się drugim. Jeden mówił to, drugi coś zupełnie innego, ale robili to z poczuciem humoru i wszystko grało. To poczucie humoru wynikające z założenia, że błahostki są interesujące, oraz ich muzyka, były wielce atrakcyjną kombinacją.

Podczas zdjęć w Paryżu, wiosną 1972 roku, grupa postanowiła nagrać bluesa z wyjącym psem. Nie znałem się na takich rzeczach, ale znałem Madonnę Bouglione, trzydziestoletnią córkę właściciela cyrku, Josepha Bouglione'a. Widywałem ją na ulicach Paryża z olbrzymim chartem. Była to suczka o imieniu Nobs. Zastanawiałem się, czy ten pies się nada. Madonna przyszła do studia na przedmieściach z tą wielką, wrażliwą chudzinką. David grał na harmonijce ustnej, Roger na gitarze akustycznej, a Rick Wright podkładał mikrofon pod pysk psa stojącego na stole. Nobs spisała się na medal, wyjąc do bluesa w odpowiedniej tonacji i we właściwych momentach...

Jakiś czas później poznałem Dicka Lestera, który opowiedział mi o tym, jak nakręcił film o The Beatles - A Hard Day's Night. Miał porozmawiać z grupą o tym, jak wygląda ich dzień powszedni. Pojechał do Paryża, by się z nimi spotkać. Twierdził, że dokładnie pamięta jak rozmawiał z nimi w hotelu i obserwował, jak się wygłupiali, żartowali. Powiedział sobie wtedy: to jest właśnie mój film. Czuł, że musi nakręcić film o ich codziennym życiu. O tym, co wyprawiali w hotelu. Kantyna studia EMI była w tamtych czasach dość obskurna. Można było tam zamówić jedynie jajka z bekonem, herbatę i szarlotkę. Nick Mason rozwodził się przez 10 minut nad tym, jaki rodzaj szarlotki lubi. Okrągła nie wchodziła w grę. Nie było też mowy o kawałku z brzegami. To musiał być kwadratowy kawałek bez brzegów, ale czy takie tam były? Chodziło o to, że pozostali mogli już zjeść kawałek, który sobie wymarzył. Odpowiedzieliśmy mu, że nie ma już takich kawałków. Ciągnął dalej swoje wywody i stanęło na tym, że woli w ogóle nie jeść szarlotki, niż zjeść okrągłą. Poczucie humoru, z jakim prowadził dyskusję sprawiało, że zwykła wymiana zdań między kilkoma osobami stawała się interesującą konwersacją. Floydzi byli w tym bardzo dobrzy - choć nie jest to Szekspir, lecz codzienne życie. I o tym właśnie był ten film - o tym, co robią, by dostać swoją szarlotkę. Było to odejście od pretensjonalnych ujęć z Pompejów i skupienie się na przyziemnych sprawach.

Do złożenia wersji reżyserskiej potrzebne nam były dodatkowe ujęcia, materiał niewykorzystany w wersjach z 1971 i 1973 roku. Niestety, ten materiał zaginął i nie udało się go znaleźć. Musieliśmy wymyślić coś innego. Nie mieliśmy ani kopii, ani negatywów materiału, który nakręciliśmy. To smutne, ale taka jest prawda. Mamy materiał, na którym widzimy Nicka Masona grającego na perkusji. W utworze I'm Going To Cut You Into Little Pieces [chodzi o One Of These Days - przyp. Lasotnik] widać tylko Masona. Choć przecież grają tam również inni, tego materiału nie ma. Powinniśmy mieć ujęcia z gitarą Gilmoura, z Watersem mówiącym "potnę cię na kawałeczki" i z Wrightem grającym na organach. Mieliśmy takie ujęcia, ale gdzies przepadły.

Sukces kasowy, jaki film odniósł - głównie dzięki grupie Pink Floyd - był widoczny zaraz po jego premierze i spowodował, że producenci namawiali mnie kilkakrotnie do nakręcenia czegoś podobnego, np. Deep Purple w Taj Mahal czy Moody Blues w Wielkim Kanionie. Producenci uważali, że ustanowiliśmy pewien trend - umieszczamy grupę na księżycu, filmujemy ją i jest wspaniale. To było niedorzeczne... Film nakręcono w Pompejach i to było wyjątkowe doświadczenie. Czas szukać nowych rozwiązań.

Miłośnicy Pink Floyd byli zachwyceni filmem. Jej przeciwnicy go nienawidzili. Czy to w Stanach, czy w Polsce, we Francji, czy w Anglii - reakcje wszędzie były takie same. Powstała wersja kinowa i myślę, że film zyskał w ten sposób rozgłos. Sprzedaż kaset wideo wzrosła. Rynek VHS był w owym czasie dość silny. Jeśli ktoś nie lubił muzyki Floydów, to nie było sensu, aby oglądał ten film... Na szczęście wielu ludzi ją lubiło.

Na początku lat siedemdziesiątych rozpoczął się podbój kosmosu. Sondy docierały na planety, sondy krążyły wokół Słońca. Nie można też zapomnieć o teleskopie Hubbla, za pomocą którego wykonano wspaniałe zdjęcia mgławic, oddalonych od nas o miliony lat świetlnych. Wcześniej nie sposób było otrzymać takich obrazów. I kiedy się im przyglądałem lata później, pomyślałem, że doskonale pasują do muzyki Pink Floyd. To była intuicja - tak samo jak przywrócenie życia Pompejom za sprawą tej samej muzyki. Czy nie mogło być tak, że mieszkańcy jakiejś planety w odległeś części Wszechświata dosłuchali się dźwięków muzyki, dochodzących z Ziemi, z amfiteatru w Pompejach, i byli nią zaintrygowani? Być może wysłali kogoś w rakiecie na Ziemię, aby przysłuchał się tej muzyce. Byłby zapewne niewidoczny z Ziemi i opuściłby to miejsce zaraz po koncercie. Innymi słowy, rakieta na początku filmu wcale nie startuje z Ziemi, lecz z jakiejś planety spoza naszego świata. To jest wersja reżyserska i mam nadzieję, że może się podobać. Nigdy tego nie wiadomo. Sukcesu Ciemnej Strony Księżyca też nie dało się przewidzieć. Z tymi sprawami jest jak z dzieckiem: dorasta i żyje własnym życiem. Może zdziała w nim coś dobrego, a może nie - tego nie da się zaplanować... Myślę, że ludzie twierdzący inaczej jedynie się łudzą.

________________________________

Kierunek zwiedzania: na górę >>