Huragan Pink Floyd w Cheetah

Autor: Nieznany   |   Przekład: Lasotnik   |   Los Angeles Free Press (11.10.1967)

 

Pink Floyd, kolejny zespół-łamigłówka z Anglii, pojawił się zeszłego weekendu w okolicy, by odbyć swój jedyny pokaz w rozochoconym klubie Cheetah w Santa Monica. Po ich pierwszej zagrywce kołysały się nawet wodorosty. Niewiarygodne brzmienie Pink Floyd, słyszane poprzez nawałnicę koloru niosło ze sobą totalne zaangażowanie zmysłów publiczności i wykonawców, zaabsorbowanych tworzeniem dźwiękowo-wizualnego doświadczenia. Akt kreacji należał do Pink Floyd, lecz było też wystarczająco miejsca dla wszystkich, którzy chcieli dzielić się swoimi wizjami i uczuciami. Pod koniec, sami słuchacze mogli poczuć się kolejnym wytworem zgodnego, zbiorowego umysłu Pink Floyd.

Grupa Pink Floyd wykiełkowała w Londynie i grywała pod różnymi nazwami oraz w różnym składzie przez niemal trzy lata. Syd Barrett (gitara), Rick Wright (organy), Roger Waters (gitara basowa) i Nick Mason (perkusja oraz kocioł, jeśli go spostrzeże) pozostawali odrębni od sceny muzyki popularnej, będąc zarazem w jej zasięgu. Cytując ich wypowiedź prasową: Nie ma żadnych ograniczeń, prognozowanie jest zbędne.

 

Zdjęcie: Ulotka informacyjna klubu Cheetah.

Komentarz: Powyższy artykuł z gazety LA Free Press nie należy do obszernych, ale jest o tyle interesujący, że opisuje jeden z występów (autor artykułu mylił się sądząc, że koncert w klubie Cheetah był jedynym) amerykańskiej trasy koncertowej Floydów jako niebywale spektakularny i udany. W rzeczywistości owa trasa była katastrofą. Problemy pojawiły się jeszcze przed przybyciem do Stanów. Zespół nie mógł zjawić się na miejscu w zapowiedzianym czasie, a ponadtygodniowe opóźnienienie poskutkowało odwołaniem 10 występów w Los Angeles i San Francisco bez wyznaczania alternatywnych terminów. W wyniku tych komplikacji odbyło się jedynie 5-6 koncertów oraz kilka występów w telewizji. Jakość koncertów w tym czasie nieodłącznie wiązała się z wewnętrznymi kłopotami zespołu, skupionymi wokół Syda Barretta. Jeśli w ogóle zechciał wyjść na scenę, to nadal istniało ryzyko, że zaraz z niej zejdzie albo przestanie grać w środku wykonywanego utworu. Przed jednym z występów Syd obficie natarł sobie włosy mieszaniną brylantyny i skruszonych tabletek Mandraxu (metakwalon). Po kilku minutach na scenie, ciepło reflektorów spowodowało spłynięcie całej tej mazi na jego twarz, co wyglądało odrażająco. Po tym incydencie reszta muzyków zaczęła poważnie rozważać odsunięcie go od zespołu. Również telewizyjne występy w USA nie odbyły się bez przygód. W czasie wykonywania See Emily Play z playbackiem, Syd nie poruszał ustami i bezwładnie opuszczał ręce. Nagrania powtarzano wielokrotnie, za każdym razem efekt był taki sam. Niekwestionowany lider zespołu Pink Floyd był jednocześnie jego nieobliczalnym sabotażystą. W czasie wywiadów koledzy starali się nie dopuszczać do tego, by kierowano do Syda jakiekolwiek pytania, gdyż obawiali się absurdalnych odpowiedzi lub niestosownej ciszy. Jak widzimy, w świetle tylu kontrowersji upchanych w krótkim pobycie Floydów w USA, ta pełna superlatyw relacja z koncertu w Cheetah jest co najmniej zagadkowa i prawdopodobnie była taką już w czasach, gdy ukazała się drukiem. Na uwagę zasługuje też przytoczony przez autora cytat, zdanie bardzo wymijające i wymowne w kontekście bieżącej sytuacji zespołu. Żadnych prognoz - nie pytajcie nas o plany, nie wiemy co będzie dalej, nie wiemy do kogo iść na skargę ani jak z tego wybrnąć... Artykuł ukazał się w nieprzyjemnym, ale przełomowym dla Pink Floyd momencie.