Zmiana układu sił

Autor: Wiesław Weiss   |   Rozmowa: Nick Mason (maj 1995 r.)  |   Szyderczy śmiech i krzyk rozpaczy

 

W 1967 roku powiedziałeś w wywiadzie dla tygodnika Melody Maker, że psychodelia to coś, co dzieje się poza wami, a nie w was. Było to wyznanie zaskakujące, Pink Floyd uważano wtedy bowiem za grupę psychodeliczną...

NM: Tak, to prawda. Pink Floyd postrzegano jako zespół związany z ruchem psychodelicznym. Musisz jednak wiedzieć, że tu, w Anglii, ruch psychodeliczny był ruchem wywodzącym się z undergroundu; ruchem, przynajmniej na początku, o wymiarze intelektualnym. W Londynie psychodelia najpierw wtargnęła do poezji, do słowa pisanego. I chociaż Pink Floyd kojarzono z tym zjawiskiem, nie byliśmy jego częścią. moim zdaniem pod względem intelektualnym nic nas z nim nie łączyło. Byliśmy zwykłymi studentami architektury. I każdy, kto widział w Pink Floyd zespół reprezentujący londyński underground, był w błędzie. Chociaż oczywiście właśnie dzięki temu, że skojarzono nas z ruchem psychodelicznym, odnieśliśmy pierwszy sukces.

Jeden z krytyków, przypominając, że ty, Rick Wright i Roger Waters studiowaliście architekturę, napisał: Architektoniczna wizja muzyki zaowocowała dziełami tak potężnymi, że wypełniają one całe płyty i rozsadzają wielkie amfiteatry. Jak ci się podoba tak opinia?

NM: Jest zabawna, ale moim zdaniem nie jest trafna. Prawdopodobnie studia architektoniczne miały pewien wpływ na to, w jaki sposób komponujemy nasze utwory. Jednakże odpowiedzialnym za ten element muzyki Pink Floyd, o którym mowa, był przede wszystkim - tak mi się wydaje - Rick, osoba w naszym gronie najmniej oddana architekturze. Moim zdaniem skłonność Pink Floyd do większych form ma źródło w takim, a nie w innym podejściu Ricka do muzyki. Nie wypływa zaś z naszego zainteresowania architekturą.

June Bolan, pierwsza żona Marca Bolana i przyjaciółka Syda Barretta, powiedziała w jednym z wywiadów: Gdy Syd się wypalił, a wcześniej był niezwykle płodnym twórcą, koledzy z zespołu zaczęli się zachowywać wobec niego nikczemnie. Czy myślisz o tym czasem? Czy czujesz się współwinny tragedii, która spotkała Syda Barretta?

NM: Właściwie nie. Zgodzę się, że zdarzało nam się traktować go źle. Ale my nie bardzo zdawaliśmy sobie sprawę z tego, co się z nim dzieje i jak należy postępować. Nie sądzę zresztą, by w tym czasie ktokolwiek wiedział, jak rozwiązać jego problemy. Byliśmy wszyscy zbyt naiwni, zbyt niedoświadczeni życiowo - choćby dlatego nie mam dziś poczucia winy - by dostrzec, w jak złym stanie jest Syd. Myśleliśmy nawet, że świadomie nam dokucza, że wypina się na zespół, że z premedytacją kładzie nam kłody pod nogi. Wkurzał nas, doprowadzał do pasji. Oczywiście nasza ocena jego zachowań była z gruntu fałszywa. Ale jak powiedziałem, nie było w naszym postępowaniu nic z wykalkulowanego okrucieństwa. My po prostu nie wiedzieliśmy, jak się wobec niego zachować.

Przyjaźniłeś się z Ronem Geesinem, współtwórcą kompozycji Atom Heart Mother. Jak oceniasz jego wkład w Atom Heart Mother? Jak oceniasz jego wkład w muzykę Pink Floyd w ogóle?

NM: Jego wkład w Atom Heart Mother był ogromny. Jego wkład w muzykę Pink Floyd był nieznaczny, ale jednak był. Ron nauczył nas, zwłaszcza Rogera i mnie, jak w twórczy sposób posługiwać się magnetofonem. Bez wątpienia Roger nie nagrałby nigdy czegoś takiego, jak Several Spiecies Of Small Furry Animals Gathered Together In A Cave And Grooving With A Pict, gdyby nie zetknął się z Ronem. To najbardziej oczywisty przykład wpływu Rona na Pink Floyd. Zresztą wiele spośród technik, których nauczył nas Ron, stosowaliśmy od tamtej pory w najróżniejszych okolicznościach. Ktoś niezorientowany może nie od razu rozpozna, że jest to coś, co pochodzi od Rona, ale ja zawsze wiem, kiedy tak jest. Jeśli zaś chodzi o Atom Heart Mother, to dziełem Rona była aranżacja tej kompozycji. I właśnie aranżacja jest najbardziej interesującym elementem Atom Heart Mother. Wkład Rona w Atom Heart Mother był więc, jak powiedziałem, ogromny.

Wypowiadając się w jednym z wywiadów o Wish You Were Here powiedziałeś: Bardzo trudno było nagrać tę płytę. Roger był co raz częściej rozdrażniony. Wszyscy czuliśmy, że zaczynamy się starzeć. Sesja przybierała coraz bardziej dramatyczny obrót. Co sprawiło, że nagle atmosfera w zespole tak bardzo się pogorszyła? I jak to było możliwe, że w tak trudnych okolicznościach nagraliście album tak wspaniały, jak Wish You Were Here?

NM: Czasem to, co stworzyć trudno, okazuje się lepsze niż to, co stworzyć łatwo. To, co wydarzyło się podczas sesji Wish You Were Here można chyba wytłumaczyć wiekiem, który wtedy osiągnęliśmy. Wszyscy mieliśmy już w tym czasie rodziny. I w końcu dotarło do nas, że zespół nie może już wypełniać nam całego życia. W 1972 czy w 1973 roku, gdy powstawała płyta The Dark Side Of The Moon, gdy graliśmy kilka długich tras po Stanach, Pink Floyd to była praca na pełnym etacie. Ale w 1974, w 1975 roku zaczęliśmy dostrzegać, że poza Pink Floyd też jest jakiś świat; zaczęliśmy uświadamiać sobie, że niekoniecznie będziemy ze sobą aż po grób, zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że życie poza zespołem rządzi się innymi prawami.

Może się mylę, ale z wielu waszych wypowiedzi wynika, iż po nagraniu płyty Animals zespół był właściwie w rozsypce i tylko groźba bankructwa sprawiła, że znowu zebraliście się razem, by nagrać album The Wall. Jak to było?

NM: Nie, to nie było tak. Zespół rzeczywiście był bliski rozpadu w 1974 roku. I potem znowu, w 1975 czy w 1977 roku. Ale w 1979 sytuacja wyglądała już inaczej. Byliśmy zdecydowani nagrać The Wall i groźba bankructwa nie miała z tym nic wspólnego. Widmo bankructwa jedynie przyspieszyło bieg wydarzeń. Gdyby nic nam wtedy nie groziło, pewnie nagrywalibyśmy ten album w Anglii i trwałoby to wieczność. Natomiast owa groźba sprawiła, że wynieśliśmy się do Francji i uporaliśmy się z tym dość szybko.

Byłeś przez lata bardzo zaprzyjaźniony z Rogerem Watersem. Jesteś nawet ojcem chrzestnym jednego z jego dzieci. Czy miałeś kiedykolwiek uczucie, że ambicja Rogera może stać się siłą, która rozbije Pink Floyd?

NM: Nie. Wiesz, nie ulega wątpliwości, że każda siła, która wymyka się spod kontroli, staje się raczej siłą destrukcyjną niż twórczą. Roger był osobą niezwykle twórczą przez jakieś piętnaście lat... A potem? Przyznam, że i dziś mam niezbyt klarowny obraz tego, co się wydarzyło. Mam wrażenie, że jego oczekiwania i ambicje uległy rozstrzeleniu, skierowały się w jakąś inną stronę niż dawniej... Jestem w stanie zrozumieć powody, dla których odszedł z zespołu i dla których chciał doprowadzić do jego rozwiązania. Ale myślę, że popełnił błąd, że coś sobie źle zinterpretował. Swoją drogą to zabawne, że jego starania, zmierzające do uśmiercenia Pink Floyd, ożywiły grupę - sprawił, że Dave i ja reanimowaliśmy ją.

Jak pamiętasz konflikt między Rogerem Watersem i Rickiem Wrightem, zakończony usunięciem Ricka z Pink Floyd?

NM: Niezbyt dokładnie. Nie byłem wmieszany w to, co się działo między nimi. Ale wiesz, wszyscy mieliśmy wtedy uczucie, że wkład Ricka w The Wall nie jest wystarczający. A w tym czasie ze względu na okoliczności [chodzi o grożące grupie bankructwo] uważaliśmy, że każdy z nas powinien dać z siebie jak najwięcej.

Czy dla ciebie jako dawnego przyjaciela Rogera Watersa reaktywowanie zespołu bez niego było trudną decyzją?

NM: Nie. Wcale nie. To była łatwa decyzja. Zresztą to nie było reaktywowanie Pink Floyd. To było podtrzymanie Pink Floyd przy życiu. Naszym zdaniem Roger nie miał żadnego prawa powiedzieć nam, iż nie możemy już być Pink Floyd.

Czytałem gdzieś, że musiałeś sprzedać najdroższy samochód ze swojej kolekcji, Ferrari GTO, wart milion funtów, aby uzyskać fundusze potrzebne wam w okresie reanimacji Pink Floyd. Czy to prawda?

NM: Nie, nie musiałem go sprzedawać. Zastawiłem go. To było w 1987 roku. Potrzebowaliśmy pieniędzy, aby zorganizować trasę. I nie mogliśmy ich znikąd zdobyć. Dla nikogo nie ulegało wątpliwości, że Roger będzie się z nami procesował do upadłego. I nie było pewne, czy nie zostaniemy pozbawieni prawa do używania nazwy Pink Floyd. Nikt nam więc nie chciał pożyczyć pieniędzy. Musieliśmy ponieść wszystkie koszty sami. A ja nie miałem aż takiej forsy. Pożyczyłem więc pieniądze pod zastaw samochodu.

Roger Waters nazywał A Momentary Lapse Of Reason fałszerstwem albo solowym albumem Davida Gilmoura, udającym płytę Pink Floyd. Jak ty oceniasz A Momentary Lapse Of Reason?

NM: Bez wątpienia jest to płyta, której ton nadał David Gilmour. Ale z kolei album The Wall był w znacznym stopniu dziełem Rogera Watersa. W historii zespołu nie da się uniknąć takich sytuacji, kiedy podczas pracy nad którąś kolejną płytą jeden z muzyków wysunie się przed innych. Ważne, by tak nie zostało na zawsze. I zespół Pink Floyd uchronił się przed takim niebezpieczeństwem. The Division Bell to znowu dzieło zespołowe. Moim zdaniem A Momentary Lapse Of Reason nie jest oszustwem. To płyta Pink Floyd, tyle że nastąpiła zmiana układu sił: Dave przejął funkcję lidera od Rogera.

Jakie znaczenie miała dla ciebie praca nad muzyką do filmu La Carrera Panamericana? Mam wrażenie, że właśnie podczas tej sesji zespół znowu się skonsolidował, że w pewnym sensie się odrodził...

NM: Myślę, że masz rację. Właśnie wtedy odkryliśmy na nowo, że wystarczy wejść razem do studia i zacząć grać, a pomysły utworów pojawią się same. Było to właściwie zaskoczenie, zapomnieliśmy już bowiem, że tak można. Zamiast czekać, aż ktoś coś skomponuje - usiąść razem w studiu i wspólnie szukać pomysłów. To było niemal jak objawienie.

Jesteś odpowiedzialny za wiele specjalnych efektów dźwiękowych na płytach Pink Floyd. Czy pamiętasz jakieś zabawne zdarzenie związane z poszukiwaniem owych niecodziennych brzmień?

NM: Nie pamiętam jakichś szczególnie zabawnych przygód. Ale mocno utkwiło mi w pamięci nagrywanie efektów na płytę The Final Cut. Mikrofony były umieszczone w specjalnie przygotowanym w tym celu modelu ludzkiej głowy. Tę głowę musiałem nosić na wysokości własnej. Gdy więc tak biegałem po mieście, unosząc wysoko dziwną głowę, przechodnie musieli uważać mnie za kompletnego wariata. Pamiętam też, jak wybrałem się z magnetofonem na lotnisko i ulokowałem go na samym krańcu pasa startowego, aby zarejestrować start odrzutowca (efekt wykorzystany na płycie The Dark Side Of The Moon). Było to niezwykłe przeżycie - zgiełk był niesamowity!

Kilka lat temu muzyka Pink Floyd z albumu Delicate Sound Of Thunder zabrzmiała w kosmosie, w stacji kosmicznej Mir. Czy było to dla ciebie ważne przeżycie?

NM: Było ważne o tyle, że jest to zdarzenie, które fajnie się opowiada - ludzie lubią takie historyjki. Trzeba zresztą przyznać, że był to wspaniały pomysł. Jednakże zespół Pink Floyd nie ma nic wspólnego z kosmosem. Może miał na samym początku, ale płyty nagrane po 1967 roku dotyczą raczej ludzkiego wnętrza niż przestrzeni kosmicznej.

Rozmawiamy w przededniu ukazania się Pulse. Dlaczego zdecydowaliście się wydać album koncertowy zaledwie po siedmiu latach od poprzedniego? Czyżbyście byli niezadowoleni z Delicate Sound Of Thunder?

NM: Ależ nie! Wiesz, ja nie powiedziałbym, że minęło "zaledwie" siedem lat. Moim zdaniem, siedem lat to kawał czasu. A poza tym bardzo zależało nam na wydaniu pełnej koncertowej wersji The Dark Side Of The Moon. Uważamy, że na żywo ten utwór wypada trochę inaczej niż na płycie. I doszliśmy do wniosku, że pewnie sporo osób zechce mieć tę inną wersję w swoich zbiorach. Z początku chcieliśmy wydać wyłącznie koncertowe wykonanie The Dark Side Of The Moon. Ale ponieważ rejestrujemy wszystkie nasze występu, w końcu zdecydowaliśmy się rozszerzyć repertuar albumu, tak by dla osób, które były na naszych koncertach, stanowił pamiątkę z tej trasy; aby był świadectwem tego, jak Pink Floyd brzmi dzisiaj. To wszystko.

________________________________

Kierunek zwiedzania: na górę >>