W zupełnie innym punkcie życia

Autor: Wiesław Weiss   |   Rozmowa: Roger Waters (rok 1999)  |   Szyderczy śmiech i krzyk rozpaczy

 

Album Is There Anybody Out There? miał się ukazać w grudniu 1999 roku, w dwudziestą rocznicę wydania The Wall, ale termin przesunięto o kilka miesięcy. Co się stało?

RW: Nie mam pojęcia. Aż do tej chwili myślałem, że wyjdzie w grudniu. Od ciebie dowiaduję się o zmianie terminu.

Czy będzie to zapis jednego koncertu, czy może znajdą się na nim nagrania wybrane z kilku różnych spektakli?

RW: Myślę, że z kilku różnych. Prawdopodobnie z 1980 i 1981 roku.

Zespół Genesis, przygotowując kilka lat temu do wydania koncertową wersję swojego dzieła The Lamb Lies Down On Broadway, bardzo ją poprawił w studiu. Jak to będzie z Is There Anybody Out There? Czy myślisz o dokonaniu jakichś poprawek w wybranych nagraniach?

RW: Nie. Nie będzie żadnych poprawek. Nagrania, dokonane techniką wielośladową, zostaną jedynie na nowo zmiksowane. Zajmuje się tym James Guthrie, który ma taśmy ze wszystkich spektakli w swoim studiu w Lake Tahoe w Stanach Zjednoczonych. Następnie przesyła poszczególne nagrania mnie, - nie mam pojęcia, czy wysyła je też pozostałym - abym mógł wyrazić swoje zdanie. Do tej pory przesłał mi trzy nagrania. I brzmi to bardzo dobrze.

W czasie spektakli wykorzystywaliście podkłady orkiestrowe, tak istotne w studyjnej wersji The Wall, z taśm. Czy na Is There Anybody Out There? również usłyszymy tło orkiestrowe?

RW: Oczywiście. Wszystko będzie tak, jak podczas spektakli.

Rozmawiałem niedawno ze Snowym Whitem, który przed laty wspierał Pink Floyd na koncertach jako gitarzysta. Powiedział mi, że już w 1977 roku zwierzyłeś mu się z pomysłu spektaklu The Wall. Czy pamiętasz dokładnie moment, kiedy idea The Wall przyszła ci do głowy?

RW: Owszem. To było w lipcu 1977 roku, po koncercie Pink Floyd na stadionie olimpijskim w Montrealu. Podczas tego występu publiczność robiła tyle hałasu, że straciłem panowanie nad sobą. W pewnej chwili pochyliłem się w stronę faceta, który próbował wdrapać się na estradę, i plunąłem mu w twarz. Schodziłem ze sceny zawstydzony swoim okropnym zachowaniem i przygnębiony. A granie wielkich, stadionowych koncertów jako doświadczenie alienujące od publiczności wydało mi się czymś bezsensownym. To wtedy w wyobraźni pojawił mi się obraz muru, rzeczywistego, fizycznego muru, odgradzającego mnie od słuchaczy. I właśnie od tej wizji wszystko się zaczęło.

Wiem, że w następnych miesiącach pracowałeś równocześnie nad dwoma cyklami utworów: The Wall i The Pros And Cons Of Hitch-Hiking. Który z nich na tamtym etapie był ci bliższy?

RW: Żaden. Byłem w pełni przekonany do obu. To pozostali członkowie zespołu zdecydowali, że chcą nagrać właśnie The Wall. Bo już wtedy postanowiłem, że jeden z tych cykli nagram z Pink Floyd, a jeden odłoże na album solowy. I pozostawiłem wybór zespołowi.

Mieliście w tym czasie spore problemy finansowe. Czy w jakimkolwiek stopniu odcisnęły się one na płytowej wersji The Wall i późniejszym spektaklu?

RW: Nie!

Czy cykl The Wall w wersji pierwotnej, w wersji demo, nagranej przez cienie samego w domowym studiu, przypominał to, co znamy z albumu? Czy może uległ w trakcie właściwej sesji znacznym zmianom?

RW: Uległ znacznym zmianom. Po pierwsze, wiele piosenek napisałem już po nagraniu oryginalnej taśmy demo. Po drugie, ściągnąłem na sesję Boba Ezrina i poprosiłem, aby pomógł wyprodukować album. I ostateczna forma, ostateczna struktura cyklu była w znacznym stopniu wynikiem mojej współpracy z nim.

Rozumiem, że część piosenek z oryginalnej taśmy demo ostatecznie nie trafiła na The Wall. Co się z nimi stało?

RW: Wiele z nich nadal leży gdzieś w szufladzie. A niektóre wykorzystałem w późniejszym okresie. Niech pomyślę... Chociażby Sexual Revolution, która trafiła na płytę The Pros And Cons Of Hitch-Hiking, pierwotnie była częścią The Wall. Ale wielu fragmentów oryginalnej wersji cyklu nigdy i nigdzie nie użyłem.

Może jeszcze do nich sięgniesz?

RW: Nieee. Wiesz, ja pracuję w taki sposób, że piszę mnóstwo materiału, a później wybieram to, co najlepsze, natomiast rzeczy mniej udane usuwam. Nie przywiązuję się do muzyki, którą tworzę. Nie mam żadnych oporów przed wyrzuceniem czegoś, co mi nie pasuje, do kosza.

Mam świadomość, że The Wall to dzieło oparte, przynajmniej w jakimś stopniu, na twoich własnych doświadczeniach życiowych. Czy takie obnażenie się przed światem - przetworzenie własnych przeżyć w album, w spektakl, a potem także w film - nie było dla ciebie przeżyciem zbyt bolesnym?

RW: Powiedziałbym, że wprost przeciwnie. odegrało rolę terapeutyczną. Było czymś w rodzaju katharsis. Owszem, wszystkie te przeżycia, które stały się pożywką The Wall, były dość bolesne. Ale pisanie o nich, wyrzucenie z siebie, przetworzenie w piosenki czy spektakl teatralny raczej pomogło zabliźnić rany, niż je rozdrapało.

Kiedy ostatni raz rozmawiałeś z Sydem?

RW: Nie widziałem go od 1975 lub 1976 roku.

Podobno Syd przyszedł zobaczyć się z tobą i pozostałymi muzykami Pink Floyd, gdy pracowaliście nad płytą Wish You Were Here. Czy to prawdziwa historia?

RW: Jak najprawdziwsza.

Jakim wspomnieniem jest dla ciebie to spotkanie?

RW: Bardzo smutnym. Pamiętam, że siedziałem w studiu, w reżyserce, gdy wszedł ten człowiek. Nie miałem pojęcia, kto to taki, bardzo bowiem przytył od czasu, gdy go widziałem poprzednio. A w dodatku ściął włosy do gołej skóry. Pamiętam, że był ubrany w płaszcz przeciwdeszczowy do samej ziemi. A w dłoni trzymał brązową, papierową torbę, w której miał lemoniadę i cukierki. Usiadł za moimi plecami i przyglądał się temu, co robię. Wyprowadziło mnie to z równowagi. Nie miałem pojęcia, że to Syd. Nie rozpoznałem go.

Wish You Were Here, z utworem Shine On You Crazy Diamond, to płyta w jakimś stopniu zainspirowana przez Syda. Czy jego pojawienie się w studiu właśnie wtedy, gdy pracowaliście nad Wish You Were Here, naprawdę było przypadkiem?

RW: Zapewne tak. Nie mam pojęcia. Jedno wiem na pewno - pojawił się w studiu. I, jeśli dobrze pamiętam, pojawił się właśnie wtedy, gdy pracowaliśmy nad Shine On You Crazy Diamond. Było to bardzo wzruszające.

Czy kiedykolwiek czułeś się współwinny tego, co przydarzyło się Sydowi?

RW: Nie! Wiesz, kiedy zachowanie Syda zaczęło zdradzać, że jest chory, to ja podjąłem trud - chociaż było to bolesne - poinformowania o tym jego rodziny. Skontaktowałem się z jego braćmi i siostrą i powiedziałem, że Syd jest w fatalnym stanie. Owszem, przyjechali się z nim zobaczyć. Ale Syd potrafił jeszcze wtedy się maskować. Co zrobił. I gdy po tym spotkaniu zadzwoniłem do jego braci i siostry, by się dowiedzieć co postanowili, usłyszałem tylko: Może i Syd miał jakieś problemy, ale teraz wszystko jest już w jak najlepszym porządku. Nie chcieli mnie słuchać, gdy tłumaczyłem, że potrzebuje pomocy. Postanowiłem więc sam coś zrobić. Podejmowałem liczne próby zaciągnięcia go do psychiatry. Raz nawet udało mi się namówić go, by wsiadł do samochodu. Niestety, gdy dojechaliśmy na miejsce, za nic nie chciał wysiąść. Bronił się przed tym rękami i nogami. Poszedłem więc sam do psychiatry, do R.D. Lainga, by na podstawie nagrania rozmowy z Sydem wyraził swoją opinię... Próbowałem - tak jak i kilka innych osób z kręgu Pink Floyd - pomóc Sydowi. Ale niewiele można było zrobić, naprawdę, chyba że wbiłoby się go w kaftan bezpieczeństwa. Nie mam sobie nic do zarzucenia, bo w moim odczuciu zrobiłem wszystko, co można było zrobić. Także później, gdy przestaliśmy już pracować ze sobą. Zresztą wiesz, nawet wtedy, gdy stało się jasne, że Syd nie może już funkcjonować jako muzyk koncertujący, chciałem, by pozostał członkiem Pink Floyd; by nadal tworzył, by w miarę możliwości uczestniczył w sesjach nagraniowych - tak jak to było z Brianem Wilsonem [od 1965 roku zrezygnował z udziału w koncertach grupy The Beach Boys, ale nadal dla niej komponował i nadal brał udział w jej nagraniach]. Ich historie są bowiem bardzo podobne. Niestety, ludzie, którzy byli wówczas naszymi menażerami, widzieli to zupełnie inaczej. A Syd miał swoją własną, dziwną wizję tego, co chce robić, i nie był zainteresowany moją propozycją. Pomysł więc upadł. Tak czy inaczej, nie mam poczucia winy. Syd zachorował - cóż mogę dodać? Jest mi jedynie przykro, że ta historia ma tak smutny koniec. Nie sądzę bowiem, by Syd był dziś szczęśliwy.

Wróćmy do The Wall... Czytałem gdzieś, że podczas pamiętnego bojkotu szkół przez społeczność murzyńską w Republice Południowej Afryki piosenka Another Brick In The Wall (Part 2) stała się czymś w rodzaju hymnu. Czy pisząc ją, spodziewałeś się, iż może odegrać tak ważną rolę w życiu ludzi gdzieś na krańcu świata?

RW: Nie! Absolutnie się tego nie spodziewałem. I fakt, że odegrała tę rolę, był dla mnie źródłem wielkiej satysfakcji. Byłem szczęśliwy, że dałem tym ludziom takie narzędzie walki.

Wiem, że pierwotnie chcieliście wystawić spektakl The Wall w namiocie w kształcie robaka, który wozilibyście ze sobą po całym świecie. Dlaczego zrezygnowaliście z realizacji tego pomysłu?

RW: To był pomysł Marka Fishera i Jonathana Parka (znanych scenografów, współpracowników Pink Floyd, The Rolling Stones, Michaela Jacksona i innych). Ale nie bardzo nadawał się do realizacji. Koszty byłyby zbyt wysokie. Poza tym, ów namiot nie mieścił tylu osób, ile chcieliśmy mieć na koncertach. W dodatku w spektaklu trzeba by uczestniczyć na stojąco. Zresztą wiesz, samo widowisko nastręczało tyle trudności, że dodawanie sobie kłopotów związanych ze wznoszeniem każdorazowo sali koncertowej wydawało się czymś bezsensownym.

Dlaczego przedstawiliście spektakl The Wall tylko w czterech miastach: Los Angeles, Nowym Jorku, Londynie i Dortmundzie?

RW: Wydawało się, że to wystarczy.

Czy to jedyna odpowiedź?

RW: Taaak. Wiesz, każdy musi wiedzieć, co chce zrobić ze swoim życiem. Oczywiście, że mogliśmy to ciągnąć - przez tydzień pokazywać spektakl w Paryżu, potem przez następny w Hingkongu, przez kolejny w Sydney i tak dalej. I pewnie jeździlibyśmy z The Wall po świecie do dziś, nie robiąc niczego innego...

Wiem, że twój pierwotny pomysł polegał na tym, by mur budowany podczas spektaklu i odgradzający zespół od widowni pozostał na scenie do samego końca. Ale ta koncepcja wydała ci się czymś zbyt mocnym. W jednym z wywiadów zwierzyłeś się nawet: To byłoby tak, jakbym powiedział widzom na koniec PIEPRZCIE SIĘ.

RW: Rzeczywiście. Z początku chciałem, by z chwilą wzniesienia muru następował koniec spektaklu. Pierwotnie bowiem mur miał być jedynie ilustracją procesu alienacji, który odrywa scenę od widowni. Ale później przyszło mi do głowy, że może być sumbolem bardziej uniwersalnym. Tak narodziła się część The Wall dotycząca murów, które budujemy wokół siebie, by chronić własną osobowość przed ciosami, jakich nie szczędzi nam los. Jak więc widzisz, stopniowo wzbogacałem The Wall nowymi elementami. I w pewnym momencie przyszedł mi do głowy pomysł zburzenia muru. To naturalny proces - utwór rozrasta się w stosunku do tego, czym miał być na samym początku.

Londyńskie koncerty The Wall w czerwcu 1981 roku zostały sfilmowane. Czy nie byłoby dobrym pomysłem wydanie wideo ze sceniczną wersją spektaklu w wykonaniu Pink Floyd?

RW: Rzeczywiście, dysponujemy filmem z obszernymi fragmentami spektaklu. Wierzę, że zostanie wykorzystany do promocji albumu Is There Anybody Out There.

W scenariuszu filmowej wersji The Wall, którą nakręcił Alan Parker, zawarłeś cenę zbombardowania publiczności spektaklu. Widzowie mieli bić brawo, gdy bomby rozrywały ich na strzępy. Dlaczego sekwencja ta nie znalazła się u Parkera?

RW: Bo w ogóle zrezygnowaliśmy z wykorzystania scen zrealizowanych podczas spektaklu, z udziałem widowni.

Bardzo krytycznie wypowiadałeś się zawsze na temat ekranizacji The Wall dokonanej przez Alana Parkera. Czego ci w niej brakowało?

RW: Przede wszystkim chciałbym podkreślić, że uważam Alana Parkera za wybitnego reżysera, który zrobił wiele wspaniałych filmów. Ale The Wall brakowało - takie jest moje zdanie - zróżnicowania pod względem dynamiki, brakowało cieniowania. Muszę wszakże dodać, że gdy patrzę na ten film z dzisiejszej perspektywy, a oglądałem go niedawno, nie jestem już tak krytyczny, jak byłem przed laty.

W 1990 roku wystawiłeś The Wall bez Pink Floyd, a z udziałem wielu gwiazd, jak Cyndi Lauper, Sinead O'Connor, Bryan Adams, Van Morrison czy Scorpions, oraz kilku orkiestr symfonicznych. Czy miała to być skończona, ostateczna wersja dzieła?

RW: Tego bym nie powiedział. To była po prostu inna wersja niż ta, którą zrobiłem z Pink Floyd. W minionych latach powstało wiele różnych wersji The Wall - jestem zasypywany prośbami z uczelni na całym świecie o pozwolenie na wystawienie widowiska i zawsze się zgadzam. Sam fakt, że powstają te wszystkie przedstawienia, jest dla mnie nieustającym źródłem radości.

________________________________

Kierunek zwiedzania: na górę >>